"Dzik jest dziki, dzik jest zły !"




czyli: o szkodach na łąkach i pastwiskach

16.11.2018



Temat bardziej rolniczy, niż konikowy, ale ważny i niestety coraz bardziej "na czasie".

Nasza stajnia istnieje już 15 lat. Przez cały ten czas, od wiosny do późnej jesieni staramy się naszym koniom zapewnić odpowiednią dawkę świeżej trawy. "Od zawsze" więc mamy wygrodzone kwatery pastwiskowe, których używa się codziennie w sezonie. Z części swojego terenu i z terenów sąsiednich zbieramy też razem z sąsiadem siano. Stopniowo pozyskujemy od włąścicieli kolejne działki do użytkowania. Słowem: wszystko "kręci się" nieźle i rozwija. Równocześnie mieszkając na wsi i w sąsiedztwie lasów od ładnych paru lat obserwujemy znaczący wzrost liczebności zwierzyny leśnej: saren, dzików, lisów. Bodaj najważniejszym czynnikiem wpływającym na to jest fakt, że w ostatnich 20 latach wyraźnie zmniejszyła się liczba małych gospodarstw rolnych. Jak podaje GUS w latach 2013-2016 ubyło ich aż 18 tysięcy. Dotyczyło to głównie gospodarstw o powierzchni do 1 ha użytków rolnych (ich liczebność spadła o ok. 35%). Wynika to z tego, że prowadzenie tak małego "przedsiębiorstwa" dziś się po prostu nie opłaca, a że wszelkie produkty rolne można bez problemu tanio dostać w supermarketach, to w powszechnej opinii nie ma sensu się szarpać z ciężką i brudną robotą. Grunty rolne leżą więc w sporej części odłogiem, porastając gęsto chwaściorami, krzaczorami i młodnikami, w których ochoczo pomieszkują i żywią się zwierzęta. Także wyraźnie lżejsze w ostatnich 10 latach zimy sprzyjają dostępności pokarmu zimą. W sumie należałoby się z tego wszystkiego cieszyć, nie ma jednak róży bez kolców - zwierzęta powodują sporo szkód na polach, łąkach i pastwiskach. To jest zresztą takie trochę błędne koło: dostępność pokarmu na nie używanych łąkach i polach powoduje wzrost liczebności do stanu, której utrzymywanie się na wysokim poziomie nie jest możliwe w oparciu tylko o zasoby lasów, zwierzęta więc tak, czy siak muszą szukać pokarmu na terenach rolniczych. Leśnicy zauważają też, że przez to również tworzy się niewłaściwa struktura płciowa i wiekowa populacji, co wpływa na wielkość wyrządzanych szkód. Wreszcie, że w ostatnich latach zmieniła się struktura zasiewów. W przeszłości kukurydza, czy rzepak nie były tak popularne, jak obecnie. Teraz zwierzęta mając pod dostatkiem tak treściwej karmy żyją inaczej, np. lochy wychowują młode nie raz, a nawet trzy razy w roku.



Straty sa naprawdę duże. W jednym z wywiadów przedstawiciel włocławskego okręgu łowieckiego żalił się, że w skali roku zwierzyna niszczy tam uprawy na 140 – 180 ha, przez co koła działające w tym okręgu wypłacają od 280 do 330 tys. złotych z własnych środków. Problem od wielu lat dotyczy także i nas. Z uwagi na to, że dbamy o trawę, na nasze łąki chętnie i licznie przychodziły sarny. Ja im trawy nie żałuję, jednak ich wizyty na ogół kończyły się zrywaniem pastucha elektrycznego. Rozpleniły się też mocno lisy, które trzymają się zdecydowanie zbyt blisko ludzkich siedzib, a przyzwyczajone do ludzi potrafią z odległości 20-30 metrów przypatrywać się jeździe konnej. Lisy rude to już poważniejsza sprawa - niestety są czasem nosicielami groźnej wścieklizny, mogą przenosić różę, brucelozę, czy wirusy neurotropowe zapalenia mózgu. Wreszcie dziki - tu szkody są wyjątkowo dobrze widoczne i dla rolników dotkliwe. Zwierzęta ryją w darni i za jedną noc potrafią zniszczyć naprawdę spore połacie łąki. Trawa wyrywana jest całymi płatami i zwykle przy tym odwracana korzeniami do góry, więc na ponowne ukorzenienie się w glebie - bez szans. Dziki z dobrej łąki potrafią w ten sposób w ciągu kilku wizyt zrobić po prostu piaszczysty ugór. Szacuje się, że sa one "autorami" ponad 60 % strat - głównie w uprawach kukurydzy i rzepaku. Widać to na zdjęciach poniżej: na sąsiadującej z nami łące w ubiegłym roku dziki doszczętnie zniszczyły ok. 15 arów runi. Nie było co "łatać", trzeba było wszystko potraktować glebogryzarką i wysiać nową trawę. Kawał łąki został więc wyłączony z produkcji rolnej...

Istnieje takie pojęcie: "szkody łowieckie" – są to szkody gospodarcze wyrządzone przez dziko żyjącą zwierzynę w uprawach i płodach rolnych (lub powstałe w czasie polowania). Zgodnie z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z 21.07.2014 r. odpowiedzialność za szkody wyrządzone przez dzikie zwierzęta ponosi Skarb Państwa. Jest to uregulowane w ustawie o ochronie przyrody (szkody wyrządzone przez bobry, rysie, wilki, żubry i niedźwiedzie) oraz w ustawie prawo łowieckie (szkody wyrządzone przez łosie, dziki, jelenie, daniele, sarny). Jeśli szkoda została wyrządzona przez dziki, łosie, jelenie, daniele, czy sarny na terenie zarządzanym przez koło łowieckie, to wówczas oględzin, oszacowania szkody i wypłaty należnego odszkodowania dokonuje przedstawiciel właściwego koła łowieckiego, na terenie którego doszło do tej szkody. Na żądanie koła lub poszkodowanego w oględzinach może wziąć także przedstawiciel miejscowej izby rolniczej. W razie sporu co do wysokości odszkodowania może mediować gmina, w ostateczności - sąd. Jeśli szkoda powstała poza obszarem zarządzanym przez koło łowieckie, wówczas odpowiada za nią Skarb Państwa, a szkody szacuje urząd marszałkowski. Ustawodawca rozdzielił przy tym odpowiedzialność za szkody obciążające budżet państwowy na Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe oraz zarząd województwa.



Trzeba podkreślić, że ustawa prawo łowieckie nakłada odpowiedzialność Skarbu Państwa także na szkody wyrządzone np. w ogrodzie, który nie znajduje się na terenach wchodzących w skład obwodów łowieckich - wtedy również mamy prawo do odszkodowania, które zobowiązany jest wypłacić zarząd województwa ze środków budżetu państwa.

Niestety praktyka pokazuje, że bez względu na instytucję odpowiedzialną dostać odszkodowanie w należnej wysokości nie jest łatwo. Z mocy prawa bowiem nie przysługuje ono m.in w przypadkach, gdy:
- szkoda powstała w uprawach lub płodach nie zebranych w 14 dni od zakończenia okresu zbiorów danego gatunku roślin w danym regionie (określonego przez sejmik województwa w drodze uchwały),
- szkoda była nieznaczna (o wartości do 100 kg żyta z 1 ha),
- szkoda powstała w płodach złożonych w sterty, stogi i kopce w bezpośrednim sąsiedztwie lasu,
- uprawa rażąco naruszała zasady agrotechniki,
- posiadacz gruntu nie zgodził się na wcześniejsze zabezpieczenie upraw lub płodów, tj. nie wyraził zgody na budowę urządzeń lub wykonywanie zabiegów zapobiegających szkodom, jakiekoleiek by te budowle i zabiegi nie były).

Tu jeszcze dodatkowo ciekawostka: Ustawa Prawo łowieckie zobowiązuje właścicieli i posiadaczy gruntów rolnych do współpracy z kołami łowieckimi w zabezpieczaniu gruntów przed zwierzyną leśną. Realnie rzecz biorąc takie zabezpieczenie powinno polegać na ogrodzeniu terenów rolniczych siatką leśną lub pastuchem elektrycznym, jednak wiadomo, że ani rolnicy, ani koła łowieckie nie chcą ponosić dużych kosztów grodzenia całych hektarów pól. Dlatego alternatywą bywa wyłożenie różnych dostęnych w handlu odstraszaczy zapachowych. Jest to jednak środek o wątpliwej skuteczności, a działanie tych preparatów jest stosunkowo krótkotrwałe. Już po kilku tygodniach preparaty należałoby wymienić na nowe, do czego oczywiście też nikt się nie kwapi, bo to kosztuje. Mając więc takie narzędzia przedstawiciele tych instytucji będą stawać na głowie, żeby udowodnić naruszenia po stronie rolnika i wypłat uniknąć. Prym wioda tu koła łowieckie, mające w swoich szeregach bardzo wielu prawników, pracowników sądownictwa, policjantów (byłych i czynnych) - a więc osób z racji zawodu potrafiących prawnie lub na granicy prawa unikać wypłat. Takie podejście jest niestety bardzo powszechne. Gdy na jednym z forów rolniczych osoba z koła łowieckiego świeżo powołana do szacowania szkód zapytała o opinie rolników co do oczekiwanej wysokości wypłaty za rekultywację 1 ha uszkodzonej przez dziki łąki (ile za prace agrotechniczne, ile za nasiona, ile za utracony plon siana, ile za utratę masy zielonej), to nasłuchała się od nich, oj, nasłuchała... "U nas do wyceny szkód mają wydelegowanego tak opryskliwego człowieka, że przy wycenie szkód większość ludzi go wyprasza, bo się nóż w kieszeni otwiera. Pół hektara pszenicy zryte na ok. 30% powierzchni, a gość daje 50 zł "na zrównanie". Podobnie w sadzie, zniszczone 25 sztuk kilkuletnich jabłonek przez rogacze, a gościu mówi, że połowa z nich jeszcze wypuści liście i oferuje zwrot za koszt sadzonek 5-7 sztuk. Jest tak chamowaty, że sztuka sie powstrzymać co by go nie pobić."

"5 ha po kukurydzy, zasiany jęczmień, pole daleko od lasów, ale to dzikom nie przeszkadza. Wpadły, poryły, [teren] raczej powinienien być zaorany pod siew wiosenny. Wczoraj byli leśnicy - przeszli, popatrzyli i wywnioskowali że wina po stronie rolnika, nie powinienień siać jesienią, tylko wiosną albo samemu ogrodzić pole. O sadzeniu ziemniaków w polu już dawno zapomnieliśmy - ktoś tam posadzi koło domu kilka arów a i tak poryją. A może panowie leśnicy, bogata firma, pomyślcie o stopniowym grodzeniu siatką lasów ? Za biednej komuny takie siatki jeszcze pamiętam jako dziecko (...)"

"Koszt rekultywacji jednego ha łąki: trawa 40 kg - 800 zł, paliwo + robota + stracony plon... Ci, co wyceniają, dobrze wiedzą, jakie są koszty, tylko kleją głupa bo tak naprawdę to ich to g......no obchodzi !"

"Nam gość od szacowania za 1 ha porytej łąki punktowo przez dziki zaproponował 3kg trawy, takiej z targu. I twierdził jeszcze, że łąkę da się naprawić przy użyciu grabek - także ręce na nich same się zaciskają przy takim szacowaniu. Dodam, że łąkę 2 lata temu przesialiśmy."

"Najlepiej jakbyście panowie myśliwi sami naprawiali te szkody, poznacie wtedy koszt i może bardziej z głową podchodzili do całej sprawy, a nie spychologia: masz parę złotych i się odczep."

"Ale tak nigdy nie będzie bo myśliwymi są wysoko postawione osoby i prawo jest dla nich, a nie dla poszkodowanych !"

"Nie rozumiem, czemu nie wybiją gdzieniegdzie... Miejsce dzików jest w lesie. U nas dzików nie było, dopiero od 3-4 lat się pojawiły. Ponoć coś to ma wspólnego z nowo poastałą autostradą - i od tych 3-4 lat plącze się jakaś wataha, doprowadzając mnie do łez. Skoro tyle lat ich nie było, to czemu teraz po prostu nie można ich wystrzelać na naszym terenie, na którym nie ma lasów państwowych ?"


Pytający odrzekł nieroztropnie, że dziki w stanie wolnym są własnością skarbu państwa, czyli "tak samo moje jeak i twoje", czym tylko rozzłościł dyskutantów, gdyż właśnie zaprezentował sobą postawę lekceważącą, opisywaną w zacytowanych wypowiedziach. Bo owszem, dziki są własnością Państwa, ale za zniszczenia przez nie wyrządzone ponosi odpowiedzialność koło łowieckie. "Najlepiej dla wszystkich (łącznie z dzikami) to weżcie sobie te dziki do ogródka i niech tam wam porządek robią !" - brzmiała jedna ze spokojniejszych ripost.

Sytuację pogorszyły jeszcze zmiany w prawie łowieckim obowiązujące od kwietnia 2018 roku. Ustawa (oczywiście uchwalona przez PiS przy sprzeciwie całej opozycji) nakazała, by w komisji szacującej szkody łowieckie znajdowały się 3 osoby: urzędnik z gminy lub sołtys, rolnik, na którego polu doszło do szkody oraz myśliwy z danego okręgu łowieckiego. Obecnie wniosek o oszacowanie odszkodowania należy składać nie do koła łowieckiego, tylko do urzędu gminy. Wniosek musi zawierać imię i nazwisko rolnika albo nazwę gospodarstwa, które poniosło straty, adres miejsca zamieszkania rolnika oraz numer telefonu oraz wskazanie miejsca wystąpienia szkody i rodzaju uprawy. Wniosek musi zostać złożony w "terminie umożliwiającym dokonanie szacowania szkód". Komisja będzie musiała oszacować te szkody w ciągu 7 dni od daty złożenia wniosku. Sołtys lub urzędnik musi powiadomić gospodarza i koło łowieckie o terminie szacowania w ciągu 3 dni od złożenia wniosku. Podczas oględzin komisja musi spisać protokół z informacjami nt. zwierzyny, która wyrządziła szkody, stanu uprawy oraz jej areału, a także szacunkowy obszar lub masę uszkodzonych płodów, procent zniszczeń oraz wysokość odszkodowania. Szacowaniu podlegają straty ilościowe i jakościowe powstałe w wyniku uszkodzenia lub zniszczenia uprawy lub płodów rolnych. Wysokość odszkodowania ustala się mnożąc rozmiar szkody przez cenę skupu danego artykułu rolnego, pomniejszając ją odpowiednio o nieponiesione koszty zbioru, transportu i przechowywania. Koło łowieckie ma 30 dni na wypłatę pieiędzy za tak oszacowaną szkodę. Ważną zmiana jest to, że jeżeli na miejscu oględzin w wyznaczonym terminie nie pojawi się przedstawiciel koła łowieckiego (lub rolnik), to szacowanie nie będzie wstrzymane, a wypłata odszkodowania przez koło nie powinna się w nieskończoność opóźniać. Rolnik może się też skuteczniej odwołać w kwestii zaniżonej (jego zdaniem) wysokości odszkodowania. Jego sprzeciw może na jego wniosek zostać zapisany w protokole oraz może on odwołać się od decyzji komisji szacunkowej do lokalnego nadleśnictwa. Nadleśniczy ma tydzień na przeprowadzenie własnego szacowania, w którym ponownie mają prawo brać udział poszkodowany rolnik, sołtys i przedstawiciel koła łowieckiego, a także dodatkowo członek izby rolniczej. Zmiany na pozór są korzystne, bo przyspieszają proces i uniezależniają kwotę od "widzimisię" jednej osoby. Cóż jednak z tych "dobrych zmian", skoro jednocześnie "żont" (jaki rząd, taka pisownia) odciął się od założenia Funduszu Odszkodowawczego, który był przecież rolnikom obiecany jeszcze w 2016 roku ?... Ponadto kuriozalnym pomysłem jest obciążenie rolników obowiązkiem... powiadamiania magistratu o planowanej dacie zbioru płodów rolnych na tydzień przed nim. Wiadomo, że 99% mieszkańców wsi nie będzie traciło czasu na takie biur(w)okratyczne bzdury, a to stanie się oczywiście pretekstem do późniejszego unikania wypłat. Kolejną pułapką jest danie prawa wyłączenia swojej ziemi z obwodu łowieckiego. Kilka miesięcy temu podczas akcji protestacyjnych przeciw polowaniom zachęcano w mediach mieszkańców wsi do takiego utrudniania życia mśliwym. Żeby to zrobić, trzeba było wysłać odpowiednie zgłoszenie do starostwa powiatowego. Jednak "zapomniano" poinformować, że w takim razie koło łowieckie nie będzie musiało wypłacać odszkodowania za ewentualne szkody łowieckie na tej ziemi !

Jeśli komuś z czytających powyższe słowa wydaje się, że przesadzam, to proponuję zwrócić uwagę na taki fakt: rocznie koszty samego tylko szacowania Lasy Państwowe wyceniły na aż 300 mln złotych ! Koła łowieckie i instytucje państwowe mają więc silna motywację do bronienia się przed rolnikami "rękami i nogami".

No ale skoro mowa o takich pieniądzach, to czy nie lepiej po prostu zwiększyć limity odstrzału ? Teoretycznie - tak i tak też się dzieje. Wspomniany na początku okręg włocławski w ciągu ostatnich 30 lat taki np. limit roczny dzików zwiększył z 450 sztuk do aż 2400 ! Jednak nie dało to oczekiwanych rezultatów. Dzieje się tak nie tylko dlatego, że natura się broni, lecz także dlatego, że myśliwi są coraz częściej w mediach odsądzani od czci i wiary przez obrońców zwierząt za zabijanie, a i większości ludzi nie podoba się, że ktoś obcy włóczy się bezkarnie po ich terenach z bronią palną, hałasując, strasząc zwierzęta domowe i gospodarkie, deptając trawę itd. Myśliwi również coraz dotkliwiej odczuwają obciążenia z tytułu odszkodowań za szkody poczynione przez nich samych podczas polowań. Dodajmy do tego bardzo nagłaśniane sprawy idiotów strzelających do psów, koni, czy nawet przypadkowo do ludzi, a powody narastającego oporu społecznego staną się jasne. W tej sytuacji myśliwi coraz mniej ochoczo organizują łowy, twierdząc, że "im się to nie opłaca" (a podobno - powtarzam teraz informację zasłyszaną, proszę nie brac tego na 100% - za odstrzelenie dzika myśliwy dostaje 600 zł...) To zaś paradoksalnie pogarsza sytuację, przyczyniając się do większej ilości dzikiej zwierzyny i tym samym większej liczby szkód. Zresztą odstrzał, choć jak widać bardzo potrzebny (i nie interesuje mnie, co o mnie w tym momencie pomyślą quasi-obrońcy zwierząt), poprawi nieco sytuację, ale jednocześnie nie usunie głównej przyczyny nadmiaru populacji zwierząt - ile by ich nie było, one zawsze będą wychodzić na zasobne w paszę pola i łąki, różnica (wyrażna i ważna) będzie tylko w skali zjawiska. Pól i ląk jednak ogrodzić się nie da, bo kosztów takiej zabawy nie udźwignie 90% rolniczych budżetów domowych, a pozostałe 10% zapewne będzie miało ciekawsze pomysły na zagospodarowanie pieniędzy w swoich gospodarstwach. Cóż więc pozostaje ?

Pozodstaje płoszyć. Niedobre jest jednak to, że o ile sarny są zwierzętami, które dostrzeżone łatwo dają się spłoszyć i "wyprosić" z terenów człowieka, o tyle przeganiane dziki potrafią w bliskiej obecności ludzi zrobić się agresywne. Wprawdzie rzadko atakują sensu stricto, na ogół straszą, ale... Z kolei płoszone z dala hałasem, czy nawet petardami, Wracają na żerowisko po krótkim czasie, np. po godzinie. W tej chwili zaś są tak oswojone, że chodzą bezkarnie po wsiach, a nawet po centrach miast, czy placach zabaw, niszcząc trawniki; raczej więc nie będa się bały hałasu. Pozostają wspomniane zapachowe odstraszacze. Są dwojakiego rodzaju: dźwiękowe i chemiczne.

Chemiczne (np. Biotec, Hukinol, Quinolen, Wildrepent, Wildschwein-Stop i inne) w znakomitej większości działają w ten sposób, że emitują zapachy, źle się dzikom i sarnom kojarzące z drapieżnikami (niedźwiedź, wilk) lub z cżłowiekiem. Na ogół takie zapachy nie są też miłe dla człowieka, ale wspomniany Biotec jest tu miłym wyjątkiem (zapach przypomina migdały). Takimi preparatami pryska się pas gleby na obrzeżach chronionej łaki (tzn. kawałki co 10-15 metrów), można pryskać nimi drzewa lub nasączać szmaty, filc albo gąbki i rozmieszczać je również co kilkanaście metrów na ziemi lub na palikach na pewnej wysokości. Skuteczność jest różna w zależności od rodzaju preparatu i pogody (temperatury i opadów) - zwykle waha się od 1 do 4 tygodni. W przypadku gąbek/szmat wskazane jest zamontowanie nad nimi daszków (np. zrobionych z połówek dużych, plastikowych butelek) lub umieszczanie ich w pudełkach z dużymi otworami w ściankach bocznych - to ochroni preparat przed kaprysami aury i przedłuży czas działania. Należy jednak pamiętać, że dzikie zwierzęta mogą szybko przyzwyczaić się do tych zapachów. Dlatego zalecane jest zmienianie preparatów zapachowych co jakiś czas. Uwaga: niektóre preparaty moga działać podrażniająco na skórę i oczy ! I jeszcze jedno: ceny wahają się zwykle od 100 do 200 zł za 500-1000 ml, co zwykle wystarcza na tylko ok. 1 ha pola lub łąki. Cóż, prosty rachunek: w sezonie wegetacyjnym (marzec-listopad => 9 miesięcy) to koszt conajmniej 1000 zł/ha. Sporo. W dodatku użytkownicy na ogół nie potwierdzają zapowiadanej przez producentów skuteczności. Przykładowa opinia: "Chciałbym napisać, że 3 dni po zastosowaniu odstraszacza zapachowego, sarny i jelenie uciekły w korony drzew, a dziki przeniosły się za linię Odry i Bugu, ale no nie ma takiej ilości whisky, która by mi na to pozwoliła... Smiertelnie przerażona zwierzyna uciekając w popłochu przed zapachem wilka i niedźwiedzia (...), czując na karku śmiertelny uścisk drapieżnych szczęk, przepłoszone zwierzęta ostatkiem sił chwytały w biegu wystające spod śniegu zielone łodyżki rzepaku i chyba się przez to biedne kolki nabawiły, bo jak stanęły na środku pola, to tak pasą się tam do dziś. Podsumowując, kwota 120 złotych za litr migdałowego kompotu (tak pachnie ten cudowny eliksir) to lekka przesada. Spokojnie mogłaby stanąć z nim w szranki moja 3-dniowa żniwna koszulka z Tesco za 15 złotych. Na ludzi działa, to na sarny i jelenie też powinna."



Na tym tle ciekawie więc wygląda "Stop Dzik GR" - preparat francuski, przeznaczony do ochrony upraw przed szkodami stricte od dzików. Tu jest zupełnie inna "filozofia": aby preparat zadziałał, musi być najpierw zjedzony przez dziki. Granulki powodują podrażnienie śluzówki jamy gębowej, ślinienie się, pewną bolesność. Dziki zapamiętują ten stan, a wrażliwość zapachowa odstrasza ich od miejsca spożycia środka. Zrażają się do miejsca, w którym znajdował się rozsypany preparat. A rozsypuje się go na pasach brzeżnych o szerokości 5 - 7 m przed polem, tak aby na 1 m2 znalazło się nie więcej niż 2 – 3 granulki. Przy takim sposobie zabezpieczania, do ochrony 1 ha uprawy potrzebne jest około 5 kg preparatu. środek zabezpiecza uprawę na okres 4 – 5 tygodni, w zależności od warunków pogodowych. środek nie jest szkodliwy dla ludzi i zwierząt (choć co by nie mówić - dzik to też zwierzę...). Granulki są sprzedawane w workach 5 i 20 kg, cena - nieznana...



Odstraszacze akustyczne również działają w dwojaki sposób. Pierwszy polega na emitowaniu huku. Służą do tego armatki hukowe (Deger, Guardian, Zon Mark). Armatki działają na gaz propan-butan. Podłącza się je do butli i uruchamia przez odkręcenie zaworu (zakończenie pracy następuje po jego zakręceniu). Działanie polega na "odpaleniu" porcji gazu przez piezoelektryczny system zapłonowy. Maksymalna głośność strzału wynosi około 120 dB, a regulator przepływu gazu pozwala na zmianę regulacji częstotliwości wystrzału w zakresie od 30 sekund do 30 minut. Producent podaje zużycie gazu na poziomie 17 tysięcy strzałów dla 11-kilogramowej butli LPG, a 3 tysiące w przypadku butli 2kg. To dość sporo - przy strzelaniu tylko w sezonie wegetacyjnym, nocą i co pół godziny duża butla przy idealnie szczelnym zaworze i sprawnej armatce teoretycznie wystarczyłaby na niemal 8 lat. Ceny urządzenia wahają się w granicach 800-1200 zł, więc 100-150 zł na rok jest ceną atrakcyjniejszą w porównaniu ze środkami zapachowymi. Tylko że sąsiedzi powieszą za cojones za takie conocne strzelanie...



Dla porządku dodajmy, że są też wynalazki pirotechniczne, np. sznury hukowe. Po poddpaleniu lontu ogień powoli, co 40-60 minut, dociera do kolejnych ładunków, odpalając je. Cena 1 sztuki sznura (10 strzałów) to 12-15 złotych. Wada: wynalazek wymaga codziennie instalacji nowego egzemplarza.



Wreszcie odstraszacze ultradźwiękowe - emituja bardzo wysokie dźwięki (częstotliwości powyżej 20 kHz), niesłyszalne dla człowieka, a płoszące dziki. Niektóre zasilane są na baterie zwykłe, inne - na ogniwa słoneczne. Wersją "full wypas" (niestety najdroższą, za prawie 500 zł) jest Vadalarm Pro. Ten właśnie odstraszacz może działać na "klasyczny" prąd lub na baterie słoneczne (bez słońca potrafi na bateriach działać nawet do 10 dni). Zasięg efektywny pracy określa się na 100 metrów. Co ciekawe, to urządzenie ma wbudowane oprogramowanie, które losowo zmienia częstotliwość dźwięków oraz przerwę między nimi. Przez to zwierzęta nie "znieczula się" na bodźce. Jeszcze ciekawsze jest, że urządzenie można za równowartość 10% jego wartości ubezpieczyć dożywotnio przed np. kradzieżą. Byłaby to ciekawa alternatywa, ale... zwierzęta domowe i gospodarskie też słyszą ultradźwięki, więc stosowanie tego odstraszacza w pobliżu stajni jest chyba nie najlepszym pomysłem ?...



Jak widać nie ma słotego środka... Pozostaje więc chyba tylko wykopać spod podłogi w stodole mauzera po pradziadku i...



P.S. Dodane w kwietniu 2019:

Mauzer mauzerem, ale tak w praktyce od tego roku mamy na pastwiskach nowy elektryzator, który jest 5-krotnie mocniejszy od dotychczasowego. Będzie chodził non-stop, 24 godziny na dobę. Założyliśmy też nowy, bardzo mocny drut o grubości aż 2 mm. Stało się tak po tym, jak dziki nie tylko wtargnęły na nasze pastwiska, ale też pogiłęy i połamały stalowe rurki, służące za słupki pastucha. This means war !



I jeszcze jedno zdjęcie "w temacie": przeciwnicy odstrzału, bezkrytyczni miłośnicy leśnej zwierzyny, popatrzcie, jak wygląda łąka po pełnej rekultywacji, wymuszonej inwazją dzików. Mimo zainwestowania sporej gotówki w prace rolne i nasiona po dwóch latach nadal szału nie ma. "Wzrusza" was to ? A skądże...





Zródła:

https://agronews.com.pl/artykul/kto-zaplaci-za-szkody-lowieckie-poradnik-dla-poszkodowanych/https://www.tygodnik-rolniczy.pl/articles/aktualnosci_/szacowanie-szkod-lowieckich-na-nowych-zasadach/
https://www.tygodnik-rolniczy.pl/articles/aktualnosci_/nowe-prawo-lowieckie-duze-zmiany-w-szacowaniu-szkod-lowieckich/
http://iprawnicy.pl/odszkodowanie-za-szkody-wyrzadzone-przez-dziki-losie-jelenie-daniele-i-sarny/
https://www.agrofakt.pl/odszkodowanie-za-szkody-lowieckie/
http://kldzik.pl/jak-odstraszyc-dzika-od-upraw-polowych/
http://www.wena.jgora.pl/sochrony/stopdzik.htm
www.vadalarm.pl