O ścinkach flizeliny




czyli: doświadczenia z amatorskiej próby dorobienia się półprofesjonalnego podłoża

08.04.2019



"Mając zasobny portfel wybieramy rumaka zdrowego oraz jezdnego. Ponieważ zapłaciliśmy pięciocyfrową kwotę, zaczynamy traktować zwierzę jak drogocenną, prywatną maskotkę. (...) Boimy się o najmniejszą kontuzję, gdyż traktujemy jak kapitał, który za jakiś czas powinien się zwrócić. Najchętniej owinęlibyśmy konia folią i postawili w boksie obitym gąbką, a rozwijali tylko czas na treningu."

Tak brzmi fragment jednego z artykułów, zamieszczonego w 2016 roku w "świecie koni". Artykuł traktował o ludziach, którzy swoje cenne konie przetrzymują w zamknięciu (boksie), często w izolacji od innych koni, w obawie, że ewentualne kontuzje, jakich zwierzę mogłoby się nabawić na wybiegu, rozwieją marzenia o sportowych sukcesach, a samego konia uczynią bezwartościowym. Cóż, przetrzymywanie koni w zamknięciu szkodzi im bardzo - tak pod kątem fizycznym, jak i psychiki. Wiele osób tego się dopuszcza, mimo, że to niedopuszczalne. Cóż, nikt wielkich pieniędzy nie chce wyrzucać w błoto, dlatego oczywiście warto mieć na względzie na co dzień bezpieczeństwo konia - ale z głową. Jeśli nie chcemy go narażac na kontuzje, musimy mu zapewnić nie tylko treningi, ale i swobodny ruch (jeśli nie z innymi końmi, to na indywidualnym wybiegu), by w naturalny sposób wzmacniać jego mięśnie i ścięgna. A podczas jazdy warto zadbać m.in. o to, by podłoże było odpowiednio utrzymane i samo w sobie nie było przyczyną urazów.

Nasz plac do jazdy niestety nie jest idealny. Jest to kawał niegdysiejszego pola uprawnego niskej klasy. Grunt jest tam piaszczysty (to akurat dobrze), ale piasek jest kopny i przy tym ilasty, mocno zanieczyszczony humusem. Woda deszczowa wprawdzie na ogół szybko znika, ale bywa grząsko, co dla ścięgien nie jest dobre. pod kilkunastocentymetrową warstwą piasku grunt jest z kolei mocno ubity, przez co zimą zdarza się, że woda nie przenika głębiej. Górą się wtedy utrzymuje "warstwa poślizgowa", przypominająca galaretę, pod którą jest z kolei warstwa przemarznięta na kamień i na kamień twarda. Słowem - dość nieciekawie. Od dawna padały postulaty w rodzaju "zrób z tym coś", ale było to nierealne, bo koszta owego "czegoś" po prostu powalały. Czas jednak biegnie naprzód - niegdyś "specjalistyczne podłoże" importowane z Niemiec kosztowało 3,5 tys. euro za tonę, a tych ton trzeba byłoby na dzień dobry tak z 4-5. Importowane podłoże składało się z piasku kwarcowego wymieszanego z flizeliną, która w wersji "markowej" kosztowała w przeliczneiu ok. 3 zł za kg netto. Pisałem o tym zresztą już w tekście z (a href="http://www.stajniatrot.pl/texts/mondre/podujez.html">2012 roku, gdy szacowałem koszty całej zabawy... Dziś nadal podłoża to spory wydatek, jednak białą flizelinę można kupić już od 1,5 zł/kg, a niesortowaną, kolorową - za 0,60 zł/kg. Jeśli ktoś nie ma zamiaru robić u siebie wersji "profi" (drenaż, podsypka kamienna, maty gumowe, geowłóknina, bialutki piasek płukany kwarcowy z flizeliną), a jedynie chce tanio uzyskać ustabilizowane, miękkie podłoże do jazdy, umożliwiające treningi także w zimnych i deszczowych porach roku, może spróbować po prostu pokryć piaszczysty grunt ścinkami tekstylnymi flizeliny i innych tkanin sztucznych, następnie jedno z drugim starannie wymieszać, po czym całość jak najstaranniej wyrównać i ubić. Takoż i my uczyniliśmy.



Na czym w ogóle polega działanie ścinków ? Zacytuję jednego z dostawców: "Pomagają ustabilizować podłoże piaskowe o słabych parametrach mechanicznych, cecha szybkiego pochłaniania i powolnego uwalniania wilgoci czyni je, zwyczajnie prostym a zarazem doskonałym i bezpiecznym absorberem wody, utrzymując wilgotność dłużej na zadanym poziomie bez konieczności używania substancji chemicznych i ciągłego podlewania. ścinki poprzez optymalną granulację (do 35 mm), małe, nieregularne kształty i porowatą strukturę zwierają się pomiędzy sobą oraz z piaskiem, po podlaniu dodatkowo działają jak lepiszcze, uniemożliwiając niekontrolowane przemieszczanie się kopyt. (...) ścinki wymieszane z piaskiem na sucho (opcja bez podlewania) osiada wolniej, ale również tworzy w nim napięcie powierzchniowe zwiększające tarcie i opór, niemal natychmiast po zmieszaniu podtrzymuje i zapobiega zapadaniu kopyt w grząskim przesuszonym głębokim piachu, dzięki takiej mieszance podłoże staje się mniej kopne i wydłuża czas użytkowania piasku. ścinki tworząc szorstkie zatory, zagęszczają i zwiększają siłę przylegania, poprawiając właściwości także zużytego/starego pylistego i rozjeżdżającego się piasku, który stracił swoja ostrość. (...) Można je stosować jako ochronę przed nadmiernym "ubijaniem gliny" gdy panuje susza przez dłuższy okres czasu; jednocześnie służy do zluzowania już wcześniej zbitego gliniastego twardego podłoża. (...) Działają jak gąbka, ograniczają tworzenie się kałuż i błota, zachowując czystość na placu, poprawiając komfort jazdy, redukując poślizg i dyskomfort." Flizelina służy więc jako dodatek do wierzchniej warstwy podłoża i udoskonala jego strukturę, dając większą stabilizację i zapobiegając jego nadmiernemu przemieszczaniu się. Podczas jazdy nie powstają koleiny i utrzymywana jest odpowiednia wilgotność, gdyż włókna chłoną wodę i utrzymują ją przez dłuższy czas. Takie podłoże zapobiega unoszeniu się piasku spod kopyt i zmniejsza ilość wzbijanego podczas jazdy kurzu.



Zakupione przez nas w firmie Anatex ścinki to materiał mieszany: poliester 75% ,wiskoza, poliamid, polar, flizelina, elastan. Nie zawierają bawełny, wełny naturalnej, juty czy lnu, dzięki czemu materiał jest trwalszy, nie kruszy się, nie gnije, zachowuje chłonność oraz plastyczność w niskich temperaturach. Takie ścinki są mniej sprężyste, lecz bardziej elastyczne od flizeliny polipropylenowej, ścinków juty, skrawków agrowłókniny i innych gumowych lub filcowych. Nie twardnieją, nie rozwarstwiają podłoża w szybkim no i od innych materiałów "podłożowych" są zdecydowanie tańsze. Zalecana dawka to od 4-7 kg na każdy m2 podłoża. To oznacza 3,2-5,6 t na małą ujeżdżalnię i 4,8-8,4 t na dużą. Z tego względu każda ilość powyżej 1 tony jest dostępna na zamówienie (jest to rozdrobniony odpad z produkcji tekstylnej, zgromadzenie większej iości trochę więc trwa). ścinki są dwojakiego rodzaju: kolorowe (600 zł/t) i białe (2 razy droższy). Dostarczane są w big-bagach po 500 kg każdy. Big bag ma ok. 2,5 m długości. ścinki są zabezpieczone przed przypadkowym rozsypaniem, ale opakowania nie są idealnie szczelne na wylocie. Z uwagi na masę i rozmiary muszą być transportowane ciężarówką (usługa osobno płatna), przy czym załadunek możliwy jest tylko w pozycji poziomej. Każdy big-bag zawiera 2,5 m3 dość mocno ubitego materiału, który po wyjęciu lekko "puchnie", a po wyciągnięciu z wora i rozdrobnieniu zwiększa objętość mniej więcej dwukrotnie. Transport stanowi pewne wyzwanie - jest drogi, więc warto zebrać się w 2-3 okoliczne stajnie, by ten koszt podzielić między siebie.



Na dużą ujeżdżalnię zamówiliśmy 12 worków (6 ton) materiału, co kosztowało 3.600 zł. "Udziały" w transporcie na śląsk - 800 zł. Tu słowa uznania dla Anatexu - dostawa zostało zrealizowane rzetelnie i w deklarowanym terminie, a dostawca sam zajął się koordynacją transportu, łącząc nasze zamówienie z zamówieniami dwóch innych stajni z Żywiecczyzny. Dodatkowy plus za to, że de facto materiał przyjechał już wieczorem dnia poprzedniego, a kierowca po prostu przenocował w okolicy, dzięki czemu u nas TIR był z samego rana, tak, jak chcieliśmy. Rozładunek - cóż, mógł być problemem powodu gabarytów i poziomego załadowania. Najlepszą opcją okazało się po prostu wyciąganie worków na linie lub grubym pasie, który używany jest do mocowania ładunków. W naszym przypadku wyciąganie z TIR-a odbyło się na naszej ulicy własnie za pomocą ciągnika i pasa. Przebiegło bardzo sprawnie, a spadające big-bagi mimo masy nie pękały ani nie uszkadzały się w żaden inny sposób. Zostały odholowane po trawie do miejsca tymczasowego składowania, po czym za pomocą podnośnika czołowego TUR (podziękowania dla sąsiada i przyjaciela Krzyśka za nieocenioną pomoc !) tymże ciągnikiem przewiezione w pobliże naszego placu do jazdy. Uwaga: nieszczelności w miejscu zamknięcia big-bagów sprawiły, że na zewnątrz wydostała się niewielka (kilka litrów) ilość ścinków. Są one lekkie i lotne, więc mimo prawie bezwietrznej pogody trochę sie tego rozniosło po ulicy. Trzeba więc być na to przygotowanym i mieć miotłę w pogotowiu.



Termin rozrzucania ścinków musiał zostać starannie dobrany. Transport nadszedł w lutym, musieliśmy więc odczekać, by ziemia była już rozmarznięta (na szczęście wiosna tego roku przyszła wcześniej). Ponieważ (jak wspomniałem) ścinki sa lekkie i "lotne", a nie chcieliśmy się narażać na krzywe spojrzenia sąsiadów, którym mogłyby się na ich polach, łąkach i trawnikach nie podobać kolorowe kłaczki, więc na początku marca ogrodziliśmy cały plac do jazdy niskim (80 cm) płotkiem z gęstej (oczko 1,5 cm) zielonej siatki ogrodniczej. Cały plac już był ogrodzony metalowymi słupkami, na których biegł pastuch elektryczny, wystarczyło więc na narożnych słupkach zrobić "zastrzały", pociągnąć poziome druty i rozpiąć na nich siatkę. Tu uwaga: taka siatka jest nie za bardzo wytrzymała. Rozpięta na dwóch drutach (górą i dołem) i "złapana" drutem miękkim wiązałkowym co pół metra górą i co metr dołem nie oparła się wichurce, która miała miejsce następnego dnia. Została zerwana na całej długości i malowniczą wstęgą przykryła pola i łąki sąsiadów... Nie ma takich słów w słowniku wuglgaryzmów polskich, które użyte wówczas przeze mnie oddałyby trafnie mój stan ducha na ten widok. Na szczęście sama w sobie uległa niewielkim tylko uszkodzeniom. Dodany został trzeci drut w połowie wysokości, a siatka została zamocowana ponownie, tylko tym razem na każdym bez wyjątku drucie co 30 cm. zamiast drutu wiązałkowego użyliśmy malutkich opasek zaciskowych, powszechnie znanych jako "trytytki". Nasz plac ma ok. 70*24 m, czyli około 190 m w obwodzie (minus 3 bramki przejazdowe), koszt materiałów to: siatka ogrodnicza PCV, razem 175 mb - ok. 400 zł, druty 3 mm, razem 500 mb - ok. 200 zł, napinacze, cybanty - ok. 100 zł, opaski zaciskowe - ok. 200 zł. Razem ok. 900 zł.



Istotą rozkładania ścinków jest oczywiście jego jak najrówniejsze rozłożenie. Początkowo mieliśmy pomysł, by zawartość big bagów przeładowywać na rozrzutnik obornika, by następnie rozrzucać go (co dałoby równe pokrycie), ale "upierdliwość" rozwiązania (konieczność zaangażowania 2 ciągników: jeden do dźwigania worków, drugi do rozrzutnika) oraz nieuchronne straty spowodowane "lotnością" sprawiły, że zastosowaliśmy metodę prymitywniejszą, a - jak się okazało - równie skuteczną. Do "akcji maneż" przystąpiliśmy pod sam koniec marca, w ciepły i niemal bezwietrzny dzień. Z wyliczeń wyszło, że materiał z jednego worka musi zostac rozłożony "na szerokość ciągnika" przez całą długość placu. Każdy wór był więc zaciągany w pozycji leżącej na linie na plac,...



...następnie ustawiany na "punkcie startowym" na jednym końcu placu, po czym był cięty nożem "na krzyż", wzdłuż "przez grzbiet" (przez całą długość) i w poprzek w połowie długości (górą i po obu bokach) aż do ziemi. Dodatkowo było też odcinane dno. Następnie utrzymując naszego "Ursusa" na możliwie najniższych obrotach i polowym pierwszym biegu ruszałem z prędkością wyjątkowo ospałego żółwia, a idące za workiem Gosia, Kinia i Marysia grabiami wygarniały i rozprowadzały ścinki.



Podział worka aż do samej ziemi sprawiał, że łatwy był dostęp do materiału, łatwo też było orientować się w "stopniu zużycia" - wiadomo było, że połowa worka (czyli miejsce przecięcia w poprzek) na czworoboku musi wypaść w literze "E" (lub "B", jak kto woli). Praca była w sumie lekka, materiał łatwo się podawał, ale namachać się trochę trzeba było, bo cała robota trwała ok. 4 godziny. Minimum do takiej pracy to 3 osoby, optimum - 5. My daliśmy sobie radę we czwórkę (podziękowania dla pań za rzetelną robotę !) - mnie z uwagi na ekstremalnie wolną jazdę udawało się też "wiejską modą" parę razy wyskakiwać z kabiny i łapać za dodatkowe grabie, podczas gdy ciągnik "pyrkał", spokojnie sobie jadąc dalej.



Nie obyło się bez błędów, które uwidoczniły się niedługo potem. Po pierwsze z założenia mieliśmy rozrzucać w odległości około metra od brzegów ujeżdżalni wiedząc, że i tak ścinki podczas mieszania z podłożem będa wielokrotnie przesuwane. "W ferworze walki" rozrzuciliśmy jednak za blisko brzegów i trzeba to było poprawiać potem grabiami. Po drugie: warstwa rozłożona "na raz" okazała się zbyt gruba, co potem przeszkadzało w mieszaniu (o tym za chwilę). Generalnie proponuję robić tę robotę na raty: jednego dnia rozsypać i wymieszać połowę materiału, drugiego - drugą połowę.



W wolnej chwili postanowiliśmy zapoznać konie z nowym podłożem. Zaciekawienie było spore, obaw - żadnych.



Natychmiast po rozrzuceniu do akcji wkroczył kultywator z wałkiem strunowym, zgodnie z otrzymanymi wcześniej radami. No i to była niestety totalna porażka... Od razu wyszło na jaw, że ścinki zbijają się na zębach kultywatora w jedną wielką masę, która tworzy "wał", który działa jak gąbka i doskonale zgardnia ścinki z powierzchni ziemi. Usunięcie połowy zębów w kultywatorze nie poprawiło zbytnio sytuacji, wystarczyła chwila nieuwagi lub odrobinę grubsza warstwa ścinków w jakimś miejscu, by "gąbka" pojawiła się w dosłownie kilka sekund. Poza tym kultywator poruszał ścinkami, ale ich nie mieszał - być może efekt wymieszania byłby osiądnięty po pięćdziesięciu przejazdach, ale nie da się go osiągnąć po pięciu. Trzeba się więc było przeprosić z nie używanym od kilkunastu lat pługiem i zrobić najpierw głęboką orkę nakrywkową (ku rozpaczy Gosi, która obawiała się, że zniwelowanie głębokich bruzd potrwa potem tygodniami). Tak więc dopiero po dwukrotnym (!) przeoraniu placu można było wrócić do kultywatora, a i tak "efekt gąbki" jeszcze sie pojawiał. Ta zabawa trwała od 15-tej do 19-tej (czyli kolejne 4 godziny) i zakończyła się "przemaglowaniem" placu ciężkim wałem łąkowym.



Całość dała "taki sobie" efekt, gdyż nie udało się utrzymać w miarę rówmomiernego pokrycia ścinkami. Mimo wysiłków gdzieniegdzie utworzyły się z nich małe górki, które zlikwidowaliśmy następnego dnia - nie metodą mechaniczną, lecz "białkową". Jak bowiem mówi miejscowe powiedzenie: "Najlepsza maszyna to Antek i Maryna". I jest w tym dużo sensu... Potem raz jeszcze użyty został kultywator i wał. Potem pożyczona (dzięki życzliwości drugiego z sąsiadów, Mateusza) brona talerzowa (polecam !), potem znów kultywator, wał kultywator, wał. I znów kultywator, a potem wał...



Przejazdy były wielokrotne w celu uzyskania jak najlepszego wymieszania, wyrównania i twardości. Efekt widać na poniższym zdjęciu - nie da się ukryć, że był, ale nie całkiem taki, jak by się marzył...



Przełomem była jedna noc, podczas której zdrowo popadało - nie była to krótka, acz intensywna burza, po której wszystko spływa do rowu, lecz średniej obfitości deszcz, za to trwający nieprzerwanie przez kilka godzin, dzięki czemu po okresie posuchy gleba nasiąknęła wodą. Dwukrotne przejechanie kultywatorem "na mokro", a następnie kolejne wałowanie dało wreszcie efekt zbliżony do pożądanego. Efekt mieszania stał się naprawdę widoczny:



Gdybym zatem miał robić jeszcze raz taką pracę, to nauczony doświadczeniem zrobiłbym wszystko nieco inaczej. Przede wszystkim robiłbym wszystko w czasie, gdy prawdobodobne byłoby wystąpienie opadów (nie na sucho), a kolejnośc prac byłaby następująca:
1) orka pługiem - tak, aby w podłożu powstały podłużne, dość głębokie bruzdy
2) rozsypanie połowy dawki ścinków - z tym, że worki przed rozpruciem jednak umieszczałbym na przyczepie i zawoziłbym na plac "na kołach" tak, aby wleczeniem big baga po ziemi nie zasypywać bruzd; po rozsypaniu duża część ścinków trafiłaby na dno bruzd, co ułatwołoby potem ich mieszanie z podłożem.
3) conajmniej dwukrotna orka broną talerzową, która "z definicji" pozwala za jednym przejazdem zrobić podorywkę z przewracaniem skib w jedną, a zaraz potem w drugą stronę; to daje dobry efekt mieszania
4) na końcu wielokrotne przejazdy kultywatorem (agregatem) ustawionym tak, że zęby zagłębiałyby się niezbyt głęboko, za to by wałek dociskał mocno bruzdy. Na koniec każdej "kultywatorowej sesji dziennej" - wałowanie ciężkim wałem.
5) po wymieszaniu - powtórka od punktu 2 z drugą dawką ścinków.

Pierwsza próba (lonżowanie Rica) pokazała, że podłoże jest zdecydowanie mniej kopno-piaszczyste, a bardziej spężyste - czuć to także pod butami. Natomiast wielokrotna ingerencja narzędziami w glebę sprawiła, że podłoże jest jednocześnie dość miękkie mimo wałowania. Musi się jeszcze "uleżeć", co w naturalny sposób jeszcze trochę potrwa. W międzyczasie plac jeszcze nieraz będzie lekko (tylko "po wierzchu") traktowany kultywatorem oraz wałem. Póki co na prace ciągnikiem zeszło jakieś 50 litrów paliwa i zapewne nie jest to ostatnie słowo naszego ursusa... Czy cała ta gra była "warta świeczki" ? Odpowiemy za kilka tygodni, jak już będziemy w stanie ocenić jakosć podłoża na podstawie jazd konnych podczas dni suchych i deszczowych.


Zródła:

https://www.swiatkoni.pl/izolatka
https://sklep.zabookuj.eu/scinki-flizeliny-Anatex