Na początku XIX wieku jazdy konne tych dam, które pioniersko zaczynały jeździć samodzielnie (w damskich
siodłach, rzecz jasna), odbywały się w umiarkowanym tempie i po typowo spacerowych ścieżkach (w Anglii
miejscem takich jazd był Hyde Park). Paniom oczywiście towarzyszyli panowie - przyjaciele, masztalerze,
chłopcy stajenni. Tylko nieliczne amazonki w owych czasach były tak odważne, że galopowały po lasach
i wzgórzach, czy brały udział w polowaniu na lisa. Biorąc pod uwagę niedoskonałą jeszcze budowę damskiego
siodła, nie gwarantującą pełnego komfortu i bezpieczeństwa, takie damy musiały mieć naprawdę dobre umiejętności
jeździeckie. Gdyby w owym czasie wolno im było jeździć po męsku, zapewne swymi umiejętnościami i równowagą
w siodle zawstydziłyby niejednego dżentelmena. Musiały być też bardzo odważne, bowiem w tamtych czasach
często dochodziło do poważnych urazów kręgosłupa u kobiet w razie upadku konia. Siodło damskie nie pozwalało
szybko opuścić grzbietu rumaka i w takich razach dama bywała przygnieciona przez wierzchowca. W sytuacjach
niebezpiecznych, w których panowie wyrzucali nogi ze strzemion i starali się upadając uwolnić od zwierzęcia,
panie bywały nieraz zbyt skutecznie przytrzymywane przez "kule" siodła. Oczywiście radą na to byłoby
przerzucenie się dam na jazdę po męsku - niestety, czasy powszechnego złamania jeździeckich konwenansów
przez płeć piękną dopiero miały nadejść. Póki co damy były niejako skazane na kobiecy styl jazdy. Jednak
nawet ten sposób u niektórych panów wzbudzał pewną niechęć. Zwracano (może i słusznie ?) uwagę, że codzienna
jazda z dosiadem na jedną stronę może powodować skrzywienia kręgosłupa, zwłaszcza u dzieci. Dopiero później
James Fillis zabrawszy głos w sprawie napisał: "Dzienniki angielskie i amerykańskie dużo rozpisywały się
o przykrych następstwach, jakie mogą powstać od jazdy młodych dziewcząt po jednej tylko stronie, twierdząc,
że pociąga to za sobą skrzywienie kręgosłupa. Sądząc, tylko z praktyki, nie wiem, co by się stało z 5-cio
lub 6-cioletnimi dziećmi, lecz przypominam sobie, że uczyłem jeździć 12-to czy 13-toletnie dziewczęta
i twierdzę z wszelką pewnością, że nigdy nic podobnego im się nie przytrafiło. (...) Utrzymuję, że jeżdżąc
po lewej stronie, pod okiem doświadczonego nauczyciela, amazonka nie tylko nie skrzywi kręgosłupa, lecz
nabędzie gracji i giętkości. Więc w dalszym ciągu uczmy jeździć amazonki po jednej i to po lewej stronie,
w przeciwnym razie trzeba, by amazonka trzymała palcat w lewej ręce, mniej zręcznej i wprawnej; poważna
niedogodność, dlatego że palcat powinien zastępować łydkę."
Pan Fillis zresztą jako doświadczony trener i do dziś uznawany za jednego z "guru" jeździectwa, sporo miał
rad dla amazonek nie tylko w sensie stricte technik jazdy. Zwracał np. uwagę na image pań dosiadających
wierzchowca:
"W końcu, nie sądzę, abym się gubił w zbytecznych szczegółach, radząc czesać się mocno.
Kobieta, która jest zajęta trzymaniem, czy poprawianiem swego kapelusza lub woalki, myśli za mało o koniu
i, można powiedzieć, że tracąc kapelusz, niemal traci głowę." Jak tu się z tym nie zgodzić ?...
Jak wspomniałem w pierwszej części opracowania, "polskim Fillisem" i wielką propagatorką kobiecej jazdy
konnej była Maria Wodzińska. Była córką artysty malarza Franciszka Kostrzewskiego i żoną Konrada Wodzińskiego,
m.in. nauczyciela jazdy konnej. Sama stała się instruktorem oraz świetnym jeźdźcem, a przy tym swego
rodzaju żeńskim "arbitrem elegantiarum" dla innych amazonek. Zamiłowanie do koni było widac też w malowanych
przez nią obrazach, w których dominowały "końskie" tematy - a że obrazy te były cenione, więc nierzadko były
wystawiane w warszawskiej galerii Zachęta. Pani Maria wzorem Fillisa również nie uważała, że jazda konna
kobiet może szkodzić ich zdrowiu. Wręcz przeciwnie, apelowała nawet:
"Gdybyście, panie, wiedziały, jak
jazda konna, ta najszlachetniejsza rozrywka krzepi tak dziś ogólnie słabe siły fizyczne, rozstrojone nerwy,
a nawet ducha, może więcej poświęcałybyście się temu sportowi i dzieci swe do niego wcześnie wprawiały.
Dawniej mylnie twierdzono, że jazda konna przyczynić się może do utraty zdrowia kobiet zamężnych lub panien
nawet, Znajdują się jeszcze doktorzy, najsurowiej zabraniający jazdy konnej swym pacyentkom. Dużo jednak
lekarzy zaleca ją teraz, jako środek wielce hygieniczny, a nawet wprost leczniczy. (Ruch mięśni jeźdźca przy
szybszym chodzie konia, niezmiernie podobnym jest do tak modnego dziś massażu, a nawet w wielu wypadkach bywa
od niego skuteczniejszym)." Propagując jeździectwo propagowała tez właściwe standardy opieki nad końmi:
"Prawdziwe amatorstwo do koni, nie polega jedynie na częstem używaniu ich - nie dość gdy amazonka codziennie
dosiada ulubionego wierzchowca - jeżeli szczere ma do niego zamiłowanie, powinna pamiętać o nim, doglądać go
w stajni, przekonywać się osobiście czy koń jest dobrze doczyszczony, nakarmiony i napojony - i w ogóle, czy
mu nie zbywa na koniecznych potrzebach. Niechaj nie zapomina nigdy o dawnem polskiem przysłowiu: "Pańskie oko
konia tuczy". Rzeczywista horse-woman, nie wsiądzie nigdy na konia, nie obejrzawszy przedtem dokładnie, czy
koń jest doczyszczony i jak osiodłany i okiełznany." [tu małe wyjaśnienie: dawniej słowo "amatorstwo" nie
znaczało, jak dziś, braku profesjonalizmu, czy wręcz amatorszczyzny, lecz oznaczało prawdziwą pasję, głębokie
zamiłowanie, hobby, któremu ktoś poświęca się z pełnym zaangażowaniem !]
W kobiecej jeździe konnej przez wieki całe o wiele bardziej zwracano uwage na prezencję dam (co zresztą widać
choćby po powyższym cytacie z Fillisa) niż na inne aspekty. Nawet znany trener, pułkownik Hitchcock, nalegał
na panie, by jeździły po damsku, gdyż jazda ta "jest najbardziej dekoracyjnym, godnym i pełnym wdzięku sposobem,
cieszącym męskie oko, które preferuje panie w najbardziej kobiecym typie, oddziałującym na mężczyznę
strojem i atmosferą." Jednak mimo takich powszechnych, zatwardziałych, nieco męsko-szowinistycznych postaw,
w XIX wieku rozpoczęła się i coraz bardziej przybierała na sile publiczna debata o tym, jak panie jeździć
powinny. Spory wpływ na nią miały praktyki codzienne w Ameryce i Australii - tam często potrzeba dosiadania
konia w codziennej pracy stała w opozycji do wymogów europejskiej etykiety i dobrych manier. Wiele głośnych
tam postaci kobiecych ówczesnego świata jeździło konno i każda miała coś w tej sprawie do powiedzenia.
Zwolennicy i przeciwnicy jazdy po damsku toczyli bardzo zażarte dyskusje. Dziennikarka i badaczka kultury
Aborygenów, Daisy Bates, po wyemigrowaniu z Irlandii do Australii przebyła w damskim siodle aż 3.000 mil po
tamtejszych pustkowiach i było to dla niej czymś naturalnym. Z kolei znana amazonka, Ella Sykes, podróżowała
po pustyniach Persji i miała twierdzić że podczas tej wyprawy nie Muzułmanie stanowili niebezpieczeństwo,
lecz że prawdziwym zagrożeniem dla jej życia niejednokrotnie było jej damskie siodło. Alice Hayes, brytyjska
pisarka i orędowniczka jazdy bokiem, głosiła, że jedynymi osobami popierającymi jazdę pań po męsku są
dziennikarze bez pomysłów i szalone, całkowicie nieświadome tego, co robią kobiety, żądne sławy za wszelką
cenę, które zapomniały, jak niekorzystnie wygląda kobieta okrakiem na koniu.
Cóż, mogła sobie krzyczeć, jednak
rewolucja postępowała nieuchronnie, choć powoli. Okazało się, że jazda po damsku jest specyfiką głównie środowisk
konserwatywnych, gdy tymczasem na świecie w kręgach nieco oddalonych od arystokracji kobieca jazda po męsku
jest często rzeczą zwyczajną. Inna brytyjska pisarka i amazonka, Isabella Bird, porzuciwszy Anglię w 1872 roku
przeniosła się na Hawaje, gdzie zaczęła jeżdzić po męsku, a praktykę tą kontynuowała w Colorado, szkoląc
się u meksykańskich vaqueros. Sama potem uczyła tej techniki miejscowe panie. Kontynuując później swoje podróże
jeździła już tylko w ten sposób, zwiedzając konno Rocky Mountains, Japonię, Persję i Tybet. Im dalej
panie zapuszczały się w swoich podróżach po świecie, tym częściej odkrywały, że jazda kobiet przodem do kierunku
ruchu jest rzeczą powszechną u wielu ludów świata i że jest to sposób po prostu bardziej praktyczny:
wygodniejszy i mniej męczący, szczególnie w trudnym terenie. "Dziewczęta z dobrych domów" nadal jeździły
po damsku, jednak coraz więcej kobiet odcinało się od zwyczajów londyńskich, czy nowojorskich, porzucając
wdzięk i wygląd na rzecz wygody i bezpieczeństwa. Zwłaszcza chętnie czyniły to amerykańskie "Western women".
Tam pod koniec XIX wieku rozpoczęło się coś w rodzaju drugiej Wojny Secesyjnej - tylko że nie Północ-Południe,
a Wschód-Zachód i poszło tam nie o niewolnictwo, a o jeździectwo. Z jednej strony New York Times raportował
staje zwiększającą się liczbę niedzielnych amazonek-spacerowiczek, która dochodziła do 200 każdego weekendu,
prawdziwych dam w damskich siodłach, pomiędzy którymi była np. stawiana za wzór pani Senator Davis. Ale
jednocześnie na przeciwległym wybrzeżu Los Angeles Times informował, że 25 pań zostało członkiniami
prestiżowego Vaquero Riding Club, którego członkami byli wyłącznie doświadczeni jeźdźcy, potomkowie
hiszpańskich Grandów oraz zauważał, że wszystkie te panie uważają jazdę po damsku za niewart dalszego
tolerowania przeżytek.
Tak powstawało nowe pokolenie amazonek; ba, nie tylko powstawało, ale wręcz spektakularnie się rozwijało !
We wrześniu 1910 roku Lucille Mulhall, cowgirl (żeński odpowiednik kowboja), znana jako Two-Gun Nan, wyruszyła
w podróż przez całą Amerykę - "od oceanu do oceanu", z San Francisco do Nowego Yorku. Na potrzeby tego
rajdu dokonała niezwykłego jak na owe czasy wynalazku: dzielonej sukni. Były to de facto strasznie szerokie
i obfite spodnie, krtóre wszakże wyglądały jak spódnica. Lucille mogła dzięki temu podóżować wygodnie po
męsku nie dając wrogom takiego stylu zbyt wielu powodów do oburzenia. Dziś może to się wydać śmieszne,
ale w tamtych czasach dziewczyna, która na co dzień pracując na farmie ubierała się czasem dla wygody w spodnie
(np. brata), a która w takim stroju pokazała się publicznie (np. przyjechawszy do miasta) mogła nawet zostać
aresztowana pod zarzutem - uwaga, uwaga - nieobyczajnego obnażania się ! Ten przepis wcale nie był
przepisem martwym ! W sierpniu 1895 roku pani Evelyn Cameron przybyła do Miles City, ubrana we własnej
roboty spodnie wykonane z przerobionej spódnicy. Wtedy tamtejszy szeryf, wspomagany przez oburzone miejscowe
panie, zażądał od niej natychmiastowego opuszczenia miasta pod groźbą natychmiastowego aresztowania. Pani
Cameron musiała ulec, ale Lucille Mulhall okazała się bardziej przebojowa - nie wahała się strzelać
ostrzegawczo do każdego nierozsądnego człowieka, który protestował na widok jej konno-krawieckiego
eksperymentu.
Podróż Lucille Mulhall w poprzek Ameryki odbiła się bardzo szerokim echem w gazetach i była bodźcem dla
kolejnych odważnych pań. Alberta Claire z Wyoming była kolejną, która złamała dotychczasowe zasady kobiecej
jazdy: w 1912 roku ta drobnej postury osoba w pojedynkę przejechała 8.000 mil po Ameryce, przez pustynie
Arizony trafiając do Oregonu, a następnie do Nowego Yorku. Przez cały czas tej wyprawy, również opisywanej
w gazetach, pani Claire wielokrotnie podkreślała, że jest to też jej głos w sprawie prawa kobiet
do jazdy okrakiem. W Nowym Jorku powitał ja uroczyście sam prezydent Theodore Roosevelt (nie należy mylić
z późniejszym Franklinem D. Rooseveltem !) oświadczając, że podziwia jej odwagę i przy okazji że popiera
ideę, by kobiety w całych Stanach Zjednoczonych miały prawo wyborcze (w tym czasie miały to prawo tylko
w niektórych stanach). I wydawałoby się, że oparte o zasadę wolności i równości Stany Zjednoczone, kolebka
współczesnej kobiecej jazdy konnej po męsku, powinny stać się wtedy ostoją zdrowego rozsądku i tolerancji -
tynczasem nic bardziej błędnego ! W tym samym czasie w Waszyngtonie lokalna prasa oburzała się na pannę
Ruth Haines, która zapragnęła przejechać się po męsku po Connecticut Avenue. "W całym Waszyngtonie zaparło
ludziom dech ze zdziwienia, pannę Haines uznano za 'zbyt Zachodnią" na stolicę." - pisano dodając, że "gapił
się na nią rozdziwaiony tłum", sprzeciwiający się "rozkraczonej" jeździe kobiet.
Amazonki okazywały się jednak prawdziwymi "twardzielkami". Kolejną heroiną była Inez Milholland, sufrażystka
i późniejsza korespondentka wojenna. W roku 1913 mając 27 lat zorganizowała paradę sufrażystek w Waszyngtonie.
Odbyła się ona na dzien przed inauguracją nowego prezydenta, Woodrow Wilsona. Poprowadziła paradę przez kilka
mil z Kapitolu do budynku Skarbca, przebrana za królową, dosiadającą po męsku białego konia o imieniu Gray
Dawn. Był to symboliczny sprzeciw przeciwko zdominowanemu przez mężczyzn społeczeństwu. O tym, jak silna
to była dominacja niech świadczy fakt, że już na samym początku uczestniczki parady zostały zaatakowane
przez hordę przeciwników, którzy oddzielili przywódczynię od reszty. Inez jednak przebiła się przez otaczający
ją tłum i krzycząc, że oponenci powinni się wstydzić. W tym momencie w agresywny tłum wjechał galopem oddział
kawalerii z pobliskiego Fort Myers, umożliwiając sufrażystkom dalszy pochód, pilnując pań podczas jego
dalszego przebiegu i zdecydowanie pacyfikując nadal idących za nimi przeciwników (cóż, jak widać fakt istnienia
na tym świecie panów miał swoje nie tylko złe, ale także i dobre strony, żołnierze się do czegoś przydali...)
Jakby tego było mało, dwa tygodnie później Inez powtórzyła swój przemarsz, wiodąc 10.000 uczestniczek przez
tym razem spojkojny Nowy York. Pochód skończył się wiecem, w którym wzięło udział 150.000 osób. Na całkowite
zrównanie w prawach amerykańskie kobiety musiały jednak poczekać jeszcze 7 lat - niestety nie doczekała tego
sama Inez.
Niezależność kobiet, objawiająca się symbolicznie m.in. w chęci jazdy po męsku, była solą w oku nie tylko
ówczesnych panów. Również dla wychowanych "po staremu" dam sufrażystki były anarchistkami, przy których
dzisiejsza Młodzież Wszechpolska to pikuś. Wydawałoby się, że żądające równouprawnienia kobiety powinny
znaleźć 100% poparcia u wszystkich pań tego świata - tymczasem w tym samym, 1913 roku małżonka brytyjskiego
króla Jerzego V, królowa Mary, próbowała (na szczęście bezowocnie) przywrócić stary porządek rzeczy, zakazując
paniom jazdy po męsku w Hyde Parku. Amerykańska amazonka Adelina Loisset udzieliła wtedy wywiadu dla LA Times
mówiąc: "Damskie siodło jest kłopotliwym, okrutnym ciężarem la konia i wszyscy rozumni ludzie wiedzą, że
odchodzi w przeszłość" dodając, że "Co jest dobre dla Los Angeles, jest równie dobre dla Anglii". Gazeta
mocno sprawę podsumowała, parafrazując brytyjski hymn: "Boże chroń Królową - przed kolejnymi głupimi
zamiarami." A ta sama gazeta, która niedawno odsądzała od czci i wiary "rozkraczoną" pannę Haines, niedługo
po śmierci Inez Milholland przyznała, że "wszystko się zmienia" i że nawet damy z towarzystwa poszły w ślady
sufrażystek.
Były to czasy wielkich zmian politycznych, społecznych, obyczajowych i... jeździeckich. Jednak na prawdziwe,
pełne równouprawnienie męskich i damskich jeźdźców trzeba było tak naprawdę poczekać do lat 30-tych XX wieku.
Dopiero wtedy panie powszechnie zaczęły jeździć "normalnie", a damskie siodła błyskawicznie zniknęły
z powszechnego użytku. Panie w kwiecie wieku, które w młodości jeździły wyłącznie po damsku, mogły patrząc
na Elizabeth Taylor w filmie "National Velvet" oglądać historię dziewczyny, Velvet Brown, która nie chcąc
być tylko "ładną buzią" próbuje wygrać steeplechase Grand National, jadąc po męsku. A gdy w roku 1946
amerykański przyrodnik Brian Vesey-Fitzgerald wydał jedną ze swoich książek, The Book of the Horse (Księgę
Konia), to okazało się, że w tej mającej encyklopedyczny charakter i aż 880 stron księdze nie było już ani
jednego odniesienia do damskiego siodła... Dziś takie siodło jest domeną stosunkowo niewielkiego grona
miłośniczek wdzięku w dawnym stylu i długich sukni. I chyba tylko z prawdziwych amazonek w dawnym stylu
pozostała jedynie brytyjska Królowa Elżbieta II...
[c.d.n. ...]
Zródła:
http://www.horsetalk.co.nz/features/sidesaddle-159.shtml
http://thesidesaddlemuseum.com/
http://regencyredingote.wordpress.com/2010/04/16/the-regency-side-saddle-a-ladys-death-trap/
http://www.lucznictwokonne.pl/zurawiejki/kawaleryjskie/amazonka/amazr.html
"Dama w siodle" oprac. Hanna Polańska,
http://www.damskajizda.blackriders.info/historie.htm
http://hipologia.pl/news/show/id/276
http://www.wdamskimsiodle.org/