"Nie taka bukmanka straszna...":




czyli: jak nauczyć konia wchodzenia do przyczepy

10.09.2014


Kilka tygodni temu mieliśmy parokrotnie problemy z załadowaniem czyjegoś konia do przyczepy. Raz był to młody, nieco płochliwy wałach, który dopiero poznawał uroki podróżowania samochodem, innym razem - nastoletnia klacz, która dotąd właziła do przyczepy bez problemu, ale akurat tego dnia miała fazę "na nie"... Te sytuacje skłoniły mnie do spisania naszych doświadczeń w dziedzinie nauki wprowadzania koni do bukmanki. Tak się bowiem bardzo dziwnie, a bardzo często składa, że problem ładowania pojawia się znienacka, nieoczekiwanie, zaskakuje niczym zima drogowców: jeździec od dwóch miesięcy szykuje się pilnie do startu w swoich pierwszych zawodach, codziennie trenuje, wieczorami po raz n-ty pucuje sprzęt na wysoki połysk, sprawdza po raz setny, czy aby o niczym nie zapomniał, po czym na dwa dni przed wyjazdem nagle uświadamia sobie, że prócz siodła i ogłowia trzeba by też zabrać i konia, a nie da się go wziąć pod pachę i załadować do bagażnika. Trzeba więc go nauczyć wchodzenia do przyczepy, nie ma co liczyć na to, że wynajęty przez nas przewoźnik będzie się z naszym koniem szarpał, czy uczył go czegokolwiek. Za to mu przecież nie płacimy...



Podstawowa sprawa: koń powinien być nie tylko przyzwyczajony do bliskości człowieka, ale tez musi uznawać jego wiodącą rolę. Musi spokojnie chodzić prowadzony na uwiązie, nie wyprzedzać, musi ruszać i stawać na polecenie człowieka. Są to podstawy podstaw pracy z ziemi, podstawy właściwych relacji na linii zwierzę-człowiek. Niby oczywiste, ale warto na to zwrócić uwagę "otwartym tekstem"; jeśli tego nie ma, to będzie naprawde kiepsko. Druga pozorna oczywistość: lekcję zaczynamy stawiając bukmankę na terenie ogrodzonym i zamkniętym. Ot, na wszelki wypadek... A bukmankę unieruchamiamy, najlepiej mając ją zapiętą do samochodu, gdyż wtedy nie kiwa się aż tak przy próbach wprowadzania.

W przypadku koni młodych, nie mających "doświadczeń transportowych", problem jest mniejszy; gorzej, jeśli zwierzę już raz jechało i zachowało z tej podróży złe wspomnienia (a tak jest bardzo często). Metodyka postępowania jest jednak w obu przypadkach podobna: trzeba przełamać lęk konia, pokazać, że przyczepa to nic strasznego. A z punktu widzenia konia owszem,jest: małe, ciasne, nieco duszne pomieszczenie bez wyjścia, w którym nie ma nic ciekawego, za to w którym i z dołu, i z boków coś ogranicza, narusza "strefę osobistą", czyli mniej więcej 2-3-metrową odległość od innych obiektów. Aby konia przekonać, że nie taka przyczepa straszna, potrzebne są przede wszystkim dwie najważniejsze rzeczy: wielki wór cierpliwości i jeszcze większy własnego spokoju.

Niektórzy radzą, by na kilka dni przed wyjazdem wstawić koniom przyczepę z opuszczonym trapem i sianem lub marchewką w środku na wybieg, aby te mogły się do niej po prostu przyzwyczaić. Pomysł dobry, ale ma wady. Po pierwsze zwykle nie ma na to czasu (patrz wyżej: syndrom zimy i drogowców). Po drugie konie mogą wykazać zbyt daleko idące zainteresowanie i potraktować pojazd jako doskonały obiekt do czochrania się lub obgryzania - a naprawa zniszczeń może zaboleć naszą kieszeń. Po trzecie każde "ciało obce" na wybiegu to ryzyko wypadku i kontuzji. Idea zatem słuszna, ale musi odbywać się w sposób kontrolowany, nie powinno się ot tak, po prostu postawić koniom przyczepy na kilka dni i w międzyczasie zajmować się innymi sprawami.

Zazwyczaj naukę ładowania zaczyna się od prób wejścia. Wcześniej warto zabezpieczyć nogi konia ochraniaczami - nie transportowymi, ale zwykłymi, używanymi na jeździe i znanymi zwierzęciu; ochraniacze transportowe są duże, utrudniają nieprzyzwyczajonemu do nich zwierzęciu ruch i po prostu go irytują. Warto też założyć kaloszki, gdyż kopyta koni czesto spadają z krawędzi trapu lub zahaczają o niego, gdy zwierzęta podchodzą zbyt blisko. Wskazane jest, by konia uczyła osoba, kórą koń zna, z którą ma najwięcej do czynienia i którą akceptuje. Przyuczenie konia do wejścia i pozostania w przyczepie zajmuje zwykle około 3-5 dni przy założeniu, że próbujemy tego 1-2 razy dziennie, ale bez wywierania nadmiernej presji. Nauka powinna odbywać się "metodą wahadłową", tzn. krok do przodu, krok do tyłu, i jeszcze jeden... i tak coraz bliżej sukcesu. Najlepiej jest wprowadzać konia nie na samym kantarze, ale na kantarze i założonym na nim ogowiu wędzidłowym. Tzn. do kantara przypięta jest lonża i tym zestawem operujemy przy wprowadzaniu, zaś ogłowie służy tylko w razie potrzeby, dla lepszej kontroli konia. Wprowadzamy oczywiście uważając, by nie "zaszarpać" zwierzęcia. Niezbędny będzie długi uwiąz lub lonża - na krótkim ryzyko wyrwania się płochliwego rumaka jest duże. Przydaje się też "marchewka edukacyjna" w kieszeni, tzn. małe kawałeczki jakichś smakołyków - ale tu uwaga: nagradzamy nimi tylko i wyłącznie postępy ! Koń wabiony smakołykiem może go zignorować, gdyż jest w jego naturze, że zawsze najpierw musi poczuć się bezpiecznie, a dopiero potem decyduje się na jedzenie. Oczywiście na niektore konie marchewka zadziała także i w stresie ;) Tak, czy siak nie dajemy nigdy smakołyku "na zachętę", za nic, bo będzie potem robił wszystko, żeby kolejną porcję zdobyć nie ruszając się z miejsca. I trzeba wiedzieć, że taka nagroda ma mniejsze znaczenie w szkoleniu konia, niż można by sądzić. Dla koni bowiem jedzenie nie jest zazwyczaj aż taką wielką nagrodą, jaką zwykle jest np. dla tresowanego psa. Psy pożywienie zdobywają, konie pożywienie po prostu mają - bo trawy wokół jest przecież zawsze mnóstwo. Największą nagrodą dla konia jest natomiast święty spokój - na co zresztą zwraca uwagę Monty Roberts i inni "naturalsi" i o tym warto pamietać.

Postępujemy tak: gdy koń już obejrzy sobie bukmankę, ustawiamy go idealnie na wprost trapu i zaczynamy lekko ciągnąć w stronę wejścia. Napotkamy opór - wtedy powoli, ale stale zwiększamy nacisk aż do bardzo mocnego. Gdy zwierzę ustąpi choćby w małym stopniu, np. zrobi kroczek w kierunku przyczepy, albo choćby tylko przeniesie ciężar ciała na drugą nogę - natychmiast odpuszczamy, nie ciągniemy, dajemy 10 sekund spokoju, chwalimy głosem, możemy pogłaskać. Jednocześnie staramy się nie pozwolić na cofnięcie się. Po tej króciutkiej (dosłownie parosekundowej !) chwili ponawiamy nacisk na uwiąz, skłaniając do zrobienia kolejnego kroku. I tak raz, drugi, pięćdziesiąty. Istotne jest, żeby nasza nagradzająca reakcja była absolutnie natychmiastowa i żeby wszystko odbywało się na spokojnie, wręcz z uśmiechem (tak, wiem, łatwo się mówi...) Absolutnie nie należy konia bić, straszyć, silnie szarpać. Jeśli dany koń jest spokojny, a przy nauce stosuje bierny opór i po prostu stoi, można spróbować podnieść mu nogę i przestawić odrobinę do przodu - oczywiście łatwo robić to z przednią, zaś przestawianie tylnej w stresującej sytuacji grozi kopniakiem, trzeba to więc robić ostrożnie.

Ważne jest, aby koń wchodząc stał zawsze na wprost trapu, żeby nie schodził na boki - a na pewno będzie tego próbował. Przyda się tu pomoc osoby trzeciej albo ustawienie bukmanki jednym bokiem przy ścianie lub płocie. Uwaga: pomocnik nie powinien popędzać konia, o ile nie poprosi go o to osoba wprowadzająca, powinien tylko naciskając na boki zmuszać schodzące na bok zwierzę do powrotu "na ścieżkę", to jest: na wprost trapu. Trzeba pamiętać, że dla pełnego obaw konia dodatkowa osoba "poganiacza" jest kolejnym potencjalnym "zagrożeniem" i zwiększa jego stres. Szczególnie niebezpieczna jest często widywana inicjatywa takiego pomocnika, który w swej nadgorliwości decyduje się pacnąć konia batem lub innym przedmiotem i zmusić go do ruchu naprzód. Gdy uderzony koń nie posłucha, to dobrze; gorzej, gdy "posłucha: i w panice wskoczy gwałtownie do przyczepy, a w efekcie poturbuje stojącą w niej osobę wprowadzającą...

Koń sam po zrobieniu kroku będzie się zapewne potem z niego wycofywał, zdenerwowany np. łomotem kopyt o trap, czy lekkim chwianiem się bukmanki pod jego ciężarem. Nie należy go wóczas próbować powstrzymywać z biernym oporem, czy ciągnąć do środka. Takie próby są i tak z góry skazane na porażkę, koń zawsze będzie silniejszy od człowieka. Natomiast trzeba od razu skarcić zwierzę szarpnięciem za uwiąz. Jeśli wycofanie ma charakter powolny, karcimy głosem, ewentualnie bardzo lekkim (!) pociągnięciem. Jeśli koń nagle postanowi wycofać się w sposób zdecydowany, karcimy szarpiąc nieco (tylko nieco !) silniej 2-3 razy. Ale uwaga: "szarpać mocniej" nie znaczy robić koniowi krzywdę ! To znaczy: tak podziałać na jego pysk, żeby odczuł nie ból, lecz po prostu wyraźny dyskomfort, związany z tym, co zrobił, czyli z nieposłuszeństwem. Tak, jak nagradzamy konia spokojem za krok do przodu, tak karcimy go niewygodą za samowolne cofanie. Jeśli natomiast cofa się w totalnej panice, staramy się przede wszystkim nie puszczać go, a po wycofaniu nie karcimy ostrzej, nie szarpiemy mocniej, bo to tylko go zniechęci. Taki stan po prostu trzeba przez moment przeczekać i ponownie próbowac wprowadzania.

Puknty krytyczne będa na pewno trzy: pierwszy to postawienie przednich nóg na trapie, drugi - cztery nogi na trapie, trzeci - wejście do środka głową i przednimi nogami, czwarty to wejście do końca. Dlatego po osiągnięciu każdego z tych punktów warto konia wycofać celowo i ponownie wprowadzić, prosząc o krok więcej. Wyprowadzanie jest bardzo wazne, gdyż uczy konia, że nie pozostanie w przyczepie na wieki wieków, że to tylko stan tymczasowy i że zostanie z niej po krotkiej chwili wyprowadzony. Mogą natomiast zdarzyć się wycofania samowolne. O ile wycofania na trapie będą się na początku zdarzać i trzeba je traktować jak coś normalnego, o tyle wybieganie tyłem w popłochu jest już gorszą rzeczą, możliwa jest bowiem kontuzja. Często zdarza się też, że przestraszony koń uderzy głową o konstrukcję bukmanki, co bardzo zniechęci go do kolejnych wejść. Najważniejszy wówczas jest spokój i cierpliwość. Trzeba się liczyć z tym, że pierwsze podejście do ładowania będzie oznaczać godzinę, czy dwie stałych prób, niekoniecznie zresztą zakończonych sukcesem.W przypadku naszych koni Fuks, czy Meteor po raz pierwszy weszły po 45 minutach prób już podczas pierwszej sesji, po 15 podczas drugiej i po niedługiej chwili w czasie kolejnych dni. Z kolei niedawno Pascal Klaudii pierwsze zajęcia "oblewał" przez 3 godziny, a wszedł dopiero za drugą sesją, kolejnego dnia i po półtorej godzinie prób - a potem już generalnie problemów większych z nim nie było. Za to w dawniejszych latach sam widziałem, jak półtoraroczny ogierek Twister, podprowadzony do przyczepy "hycnął" do niej w dosłownie ułamku sekundy, gdy pokazano mu miskę z owsem... Jak widac nie ma reguły.

Gdy koń już się znajdzie w przyczepie, prawdopodobnie w pewnej chwili zdecyduje się ją opuścić - i to dość szybko. Starajmy się opóźnić ten moment - mówmy do niego, podsuwamy smakołyki, dążmy do tego, żeby cofanie odbywało się na nasz sygnał (nacisk na klatkę piersiową) i odbywało się powoli, w sposób kontrolowany. Nawet, jeśli koń po wejściu stoi i wydaje się być pogodzony z sytuacją, nie rezygnujmy z dalszych ćwiczeń. Wyprowadźmy go, zróbmy kilka kółek i wejdźmy jeszcze raz - tak po parę razy w ciągu każdej "sesji z bukmanką".

Jeśli koń stoi w przyczepie, to jest to dopiero 3/4 sukcesu. Ostatnią fazą jest przyzwyczajenie do łomotu zapinanej za zadem belki przedzielnika. Raczej nie da się go ot, tak, w sekundę założyć - tym bardziej, że pod ciężarem konia podłoga się nieco ugina, przyczepa minimalnie deformuje się, ściany "schodzą się" na milimetry górą ku sobie, a przez to odległość otworów pod tą belkę zmienia się. Trzeba uważać, bo dotyk belki i hałas powstały przy jej zakładaniu moga zwierzę spłoszyć, a efektem znów może być paniczne wybiegnięcie tyłem - i zabawę rozpoczniemy od początku. Belkę zakłada druga ozoba, zawsze stojąc poza trapem, na ziemi, z boku. Mniej to wygodne, ale dla człowieka bezpieczniejsze. A jeśli się to uda, to konsekwentnie potrzymajmy konia w środku przez chwilę, pogadajmy do niego, pogłaszczmy, uspokójmy, podsuńmy smakołyk, po czym zdejmijmy belkę i powoli wyprowadźmy na zewnątrz i powtórzmy takie wejście w pełny wydaniu jeszcze drugi i trzeci raz.

Krytycznym momentem jest też zamykanie trapu. Zwierzę może przestraszyć się, kopać, dlatego próbujemy zamykania, gdy osoba wprowadzająca wyszła już z przyczepy. Poprawnie założona i zabezpieczona przetyczkami tylna belka skutecznie uniemożliwi koniowi wybiegnięcie, raczej też nie będzie możliwe, żeby zrobił sobie krzywdę. A świadomość niskiego "sufitu" sprawi, że nie będzie też próbował stawać dęba. Nawet, jeśli zacznie zachowywać się gwałtownie, uspokajany głosem po chwili przestanie.

Pamiętajmy też, że koń pogodzony z przyczepką może po pierwszej jeździe zacząć się jej bać jeszcze bardziej, niż na początku. Wystarczy zbyt ostra jazda, wywołująca u konia dyskomfort i problemy z utrzymaniem równowagi - i mamy nowy problem... Pierwsza przejażdżka powinna trwać kilka minut, potem przy kolejnych powinno się czas po trochu wydłużać. Jeśli jadąc czujemy, że koń jest niespokojny, nie ma co się za każdym razem zatrzymywać - podczas jazdy i tak w końcu będzie musiał zająć się łapaniem równowagi i nie będzie miał czasu na głupoty. Jest nieformalną zasadą, że nie powinno się wozić koni z prędkością większą niż ok. 70 km/h. Ruszanie powinno być delikatne i płynne, hamowanie - tak samo. Trzeba jeździć z o wiele większym przewidywaniem sytuacji na drodze, niż ma to miejsce w zwykłej jeździe samochodem - już zwykłe ostrzejsze hamowanie może skończyć się kontucją zwierząt ! Kto wątpi, ten niech pojeździ autobusem miejskim na stojąco i całkowicie bez trzymania się czegokolwiek, a sam zrozumie, że ze zwierzęciem trzeba jeździć bez szarpania i gwałtownych ruchów pojazdu. Wszelkie zakręty należy brać na silnie zredukowanej prędkości i po jak najszerszym możliwym łuku. Hamujmy PRZED zakrętami, unikamy jak ognia hamowania już na samym łuku ! Koń podczas hamowania po prostej, gdy większy ciężar spocznie na przednich nogach, obniży zad i da radę złapać równowagę. Tak samo da łatwo radę złapać równowagę wynoszony siłą odśrodkową w bok na zakręcie. Ale łapanie tych dwóch rodzajów równowagi naraz to już dla niego będzie wyraźny problem, objawiający się niepokojem, podskokami. No i rzecz oczywista: przyczepa powinna być wygodna: jak najszersza i jak najwyższa, bez żadnych wystającywch w środku elementów.

A co, jeśli koń się jednak nie daje zapakować ?

W nauce wchodzenia można sobie oczywiście życie ułatwić, pakując do dwukonnej bukmanki "na wabia" najpierw jakiegoś zwierzaka, który przewożony był nieraz i który do przyczepy wchodzi ochoczo. Zadziała, zwłaszcza, jeśli konie się lubia, lub jeśli wchodzącym będzie wałach, a "wabiem" - klacz lub vice versa. Ale może się zdarzyć, że taki "stary wyjadacz" na płoszącego sie neofitę sam zareaguje rosnącym niepokojem, albo agresją, a wtedy efekt będzie wręcz przeciwny od pożądanego.

Jeśli mamy przyczepę dwukonną ze ścianą - przedzielnikiem, ot na początku możemy ten przedzielnik przesunąć lub zdemontować, by dać koniowi więcej miejsca i wygody - ale to oczywiście nie pozwoli na zamknięcie konia belką za zadem. W przypadku niektórych koni pomocne jest zasłonięcie oczu. Można wreszcie zastosować słynne dwie lonże. Dla nieświadomych poprawnego ich użycia: trick polega nie tylko na tym, że krzyżując je wysoko na zadzie konia ograniczamy mu (tak naprawde tylko mentalnie...) możliwość ucieczki na boki i do tyłu, ale też pociągając je mocno ku przodowi (a nie na boki, co niestety jest częstym błędem) "wpychamy" konia do środka nieco jakby na siłę. Dzięki działaniu zasady dźwigni (vide: maszyna prosta zwana blokiem ruchomym) nasz koń staje się pozornie "lżejszy". Opór, jaki stawia, jest zredukowany do połowy, w dodatku przeciw niemu działają wspólnie dwie osoby, ciągnące z dwóch stron jednocześnie (plus główny wprowadzający stojący w bukmance, ciągnący za uwiąz), więc będzie "siła złego na jednego". Ważne jest, aby lonże utrzymywać wysoko, ich zbyt niska pozycja może skłonić konia do kopania i grozi zaplątaniem się w nie nóg zwierzęcia. Nie można jednak traktować tej metody jako panaceum na wszystko, liczyć, że zawsze da dobry skutek. Nawet jeśli każdą lonże będzie ciągnąć po dwunastu krzepkich facetów, to nie uda się "wsunąć" siłą opierającego się z całej siły konia do środka. Zwłaszcza, jeśli będzie stawał dęba, czy walił z zadu... Lonże mają mieć przede wszystkim dla konia charakter psychologiczny, a pewna doza siły popychającej ma być tylko i wyłącznie bodźcem dodatkowym, taką tylko iskrą do zrobienia przez zwierzę kolejnego kroku do przodu.

Na koniec kilka mitów związanych z ładowaniem i transportem koni, wyczytanych na różnych forach:

a) "Dwie lonże nic nie dają, jakikolwiek impuls z tyłu działa u koni w przeciwną stronę."
W takim razie dlaczego woźnica pogania konia batem od strony zadu, a nie łba ?

b) "Lonże zwykle mało działają. Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś tak konia wprowadził. Jeśli juz siłowo, to miotłą z tyłu."
Użycie siłowo miotły z tyłu na zad piszącego te bzdury może spowodowałoby poprawę wzroku, pozwalającą widzieć więcej ;)

c) "Przyczepki z dachem z plandeki absolutnie nie nadają się do transportu koni."
Kiedyś zespół światowej klasy naukowców udowodnił, że zgodnie z prawami fizyki trzmiel nie jest w stanie latać. Na szczęście Rimski-Korsakow nie będąc z wykształcenia fizykiem, lecz kompozytorem, nie znał tych praw, gdy komponował ten oto utwór.

d) "Musicie używać sprzętu który jest pewny i wytrzymały, odpadają zwykłe halterki, uwiązy z klamerką, ogłowia, wędzidła, baty - ja używam tylko oryginalnych halterków, lin i bata Carrot Stick sprzedawanych przez Pata Parelliego"
A świstak siedzi i zawija w te sreberka... ciekawe, czy koń potrafi docenić różnicę między "niemarkowym" pacnięciem go zwykłym batem a pacnięciem "markowym" batem z logiem Parellego ? Myślę, że nie. A jakby tak pacnąc na dwa sposoby autora powyższej opinii ?...